„Tak zawarłem pierwszą znajomość z poławiaczem pereł.
Krwotok z płuc — to normalna przypadłość poławiaczy. Ich krew jest rzeczywiście niemal czarna, bardzo gęsta, jak zawsze u ludzi dotkniętych tak zwaną chorobą kesonową. Kiedyś umierali na nią w męczarniach nurkowie również w Europie, dopóki nie uświadomiono sobie, że przy zbyt szybkiej dekompresji, to znaczy zmianie ciśnienia podczas wynurzania się z głębin na powierzchnię, azot we krwi ludzkiej zaczyna się burzyć, powodując straszliwe bóle, pękanie pęcherzyków płucnych, rozdwojenie widzenia, a często również paraliż nerwu wzrokowego. Dziś stosuje się skafandry, komory dekompresyjne, butle tlenowe, maski, no, wszystko właściwie, co tylko może uchronić człowieka od podstępnej i wyniszczającej choroby ciśnieniowej.
Ale poławiacze pereł z wyspy Dobo nie słyszeli nawet o żadnym sprzęcie do nurkowania, jeśli nie liczyć cienkiej rurki z bambusa, którą trzymają w ustach. Kilka razy dziennie nurkują w poszukiwaniu perłopławów, podobno na głębokość od czterech do dwudziestu czterech metrów. To znaczy prawie ośmiu pięter! Jak im się to udaje — trudno zrozumieć. Jest to tajemnica płynnych i szybkich ruchów, precyzyjnej kontroli oddechu, może przekazywanego przez innych doświadczenia. Przebywają w tym straszliwym ciśnieniu na dnie, odziani tylko w przepaskę na biodrach, około dwóch sekund, czyli tyle, ile trzeba, aby po omacku zebrać do przytroczonego na brzuchu koszyka kilka perłopławów. Ponieważ muszą liczyć tylko na zapas powietrza we własnych płucach, drogę powrotną na powierzchnię przebywają jak najszybciej. I właśnie wtedy azot w ich krwi gotuje się z największą gwałtownością. Słabnie wzrok, ustaje orientacja w przestrzeni, rozdzierający ból w barku uniemożliwia czasem uchwycenie się za zbawczą burtę łodzi.“(15)
zakopane |Gry Internetowe |kredyt